Umiem robić różne rzeczy, umiem się na nich skupić, ale są to takie czynności, które nie wymagają większego wkładu. Chociaż i do tych co wymagają potrafiłam się przyłożyć i byłam bardzo zadowolona.
Dobrze działał mój "kajecik", w którym zapisywałam małe kroczki, było ich sporo, co mam zrobić konkretnego dnia. Miałam rozplanowane konkretne rzeczy i to dobrze robiło dla mojego dnia. Nie był marnowany - teraz jest. Myślę, że osiągnęłam szczyt swojego lenistwa i niechciejstwa. Nie robię nic. Absolutnie nic. Czasami robię co na uczelnię trzeba, a tak leżę brzuchem do góry i oglądam tv. Nie robię obiadu, bo mi się nie chce, a później jestem głodna. Nie włączałam ostatnio w ogóle laptopa. Telefon, gry, telewizor - wszystko czego mi trzeba było.
Teraz może jakimkolwiek pocieszeniem jest że to drugi dzień, którego udało mi się zmobilizować do biegania. Wieczorem nie bardzo mam czas, więc spróbowałam rano. Wstaję wcześnie z Bartkiem, jem śniadanie, czekam ok godziny i idę się przebiec. Nie tak łatwo wrócić po długim okresie lenistwa i nieróbstwa. Kondycja leży, ale też odżywianie legło i wszystko słabnie.
Cały ten mój czas można podsumować "Wszystko na nic/".
Myślę, że ustawię ten blog prywatnym i będę mogła bezpiecznie pisać wszystko co mi leży na sercu, o tym jak beznadziejna jestem i o małych kroczkach do przodu. Pisać jak minął dzień - co zrobiłam konstruktywnego. Czy cokolwiek?
Podsumowanie pod koniec dnia.
***
Dzień upłynął na sprzątaniu kuchni, przebiegnięciu się. I chyba z grubsza to tyle, oczywiście nie liczę oglądania tv.